Bardzo rozśmieszyła mnie gniewna reakcja Donalda Tuska na wezwanie Jarosława Kaczyńskiego, żeby rząd zmniejszył akcyzę na paliwo. Mój dobry humor podtrzymały wpisy kilku blogerów Salonu24, którzy zarzucili populizm liderowi PiS. 

Dlaczego mnie to bawi? Otóż dlatego, że nie kto inny jak Tusk, sięgał po każdy dostępny populistyczny argument, żeby zdobyć władzę w Polsce. Zaczął to robić tuż po przegranych wyborach w 2005 r. Zaatakował wtedy PiS ... benzyną. Zanim to ugrupowanie stworzyło mniejszościowy rząd wygłosił słynne zdanie: "Jeśli będzie rządzić PiS, to benzyna będzie po 5 zł". A paliwo to kosztowało wtedy ok. 3,5 zł.

Tusk zaczął straszyć Polaków, zanim PiS cokolwiek zrobił. Cokolwiek dobrego czy złego. Nie przejmował się wtedy sytuacją budżetu państwa oraz reakcjami rynków światowych w przypadku powiększenia się deficytu finansów państwa. Z całą premedytacją dążył do utrudnienia rządzenia mniejszościowemu rządowi PiS. Nie wahał się na przykład poprzeć - wbrew stanowisku wiceminister pracy Joanny Kluzik-Rostkowskiej - becikowego dla bogatych Polaków. Zostało ono przegłosowane przez koalicję LPR-PO-Samoobrona. Tusk zrobił to, żeby zrujnować projekt budżetu państwa, który zaproponował rząd PiS.

Tusk zwalczał w populistyczny sposób PiS przez cały okres rządów tej partii w Polsce. Apogeum populizmu było złożenie wniosków o dymisję wszystkich ministrów rządu Jarosława Kaczyńskiego. Działo się to już po zerwaniu koalicji z PiS przez Samoobronę, zatem było pewne, że zostaną one skutecznie w sejmie przegłosowane. Doszłoby wtedy do tego, że premier Kaczyński przewodziłby rządowi bez ministrów! Jak odebrałyby to światowe rynki gospodarcze? Na szczęście, lider PiS nie dopuścił do ośmieszenia Polski na świecie i doprowadził do przedterminowych wyborów parlamentarnych.

Losy kampanii wyborczej w 2007 r. długo się ważyły. Raz w sondażach górą był PiS, raz - PO. Wynik wyborów rozstrzygnął się podczas telewizyjnej debaty Kaczyński-Tusk. Media ogłosiły jej zwycięzcą lidera PO (ja uważam, że było na odwrót). A czemu Tusk zawdzięczał sukces? Otóż przede wszystkim temu, że przyprowadził ze sobą do studia bandę wyrostków, która oklaskiwała jego wypowiedzi i przeszkadzała wypowiedzieć się Kaczyńskiemu. A jakich argumentów przeciwko rządowi Tusk używał? Był to czystej wody populizm. Tusk brał w obronę przed "potworem" Kaczyńskim zarabiające grosze pielęgniarki i innych biednych Polaków, którzy musieli płacić kilkadziesiąt groszy więcej niż rok wcześniej za jabłka. No i wypomniał Kaczyńskiemu, że nie ma prawa jazdy, jakby umiejętność prowadzenia samochodu była niezbędna do rządzenia państwem. 

Jakim prawem zwycięzca wyborów w 2007 r. dzisiaj pała świętym oburzeniem, że lider opozycji podczas obecnej kampanii wyborczej sięga po takie same argumenty jakich on wówczas używał? Głosując na PO w wyborach, Polacy uznali, że Tusk postępował słusznie. Więc jest oczywiste, że opozycja powinna w tegorocznej kampanii użyć takiej samej metody, żeby zwyciężyć. Wszak lud jest w demokracji suwerenem. Politycy muszą robić to, czego on sobie życzy. A oburzeniem Tuska, drodzy blogerzy, proszę się nie przejmować. Czy ktoś wątpi, że gdyby  stał on dzisiaj na czele partii opozycyjnej, to żądałby obniżenia akcyzy na benzynę?

Jeśli Tusk wskutek tego typu żądań wysuwanych przez liderów opozycji straci po wyborach władzę, to sprawiedliwości stanie się zadość. Kto mieczem wojuje, od miecza ginie!