Mimo przestróg Józefa Mackiewicza, żeby nie polemizować z bolszewickim kłamstwem, postanowiłem jeszcze raz zająć się wpisem Radka Sikorskiego na Twitterze, że "PiS znowu poprowadziłby nas do konfliktu z Niemcami i Rosją jednocześnie". A robię to dlatego, że ten platformersko-bolszewicki propagandysta napisał te słowa, żeby zachęcić czytelników do zapoznania się z jego wywiadem w tygodniku "Wprost" na temat zasadności wywołania Powstania Warszawskiego 1 sierpnia 1944 r. przez ówczesne polskie elity polityczne i wojskowe. Trzeba być naprawdę bardzo wielkim ignorantem historycznym i wielkim kłamcą, żeby przekonywać opinię publiczną w Polsce, że z dyskusji na ten temat można wyciągnąć taki absurdalny, antypisowski wniosek.
Fałszywa analogia między polskim rządem z 1944 r. oraz przyszłym rządem PiS-u.
Teza Radka opiera się na założeniu, że rząd PiS-u na czele z Jarosławem Kaczyńskim będzie pod względem ideowym taki jak rząd Stanisława Mikołajczyka w 1944 r. Jest to całkowity fałsz. Mikołajczyk przewodził lewicowemu gabinetowi, w którym dominowali ludowcy i socjaliści. Rząd ten zamierzał upaństwowić duże przedsiębiorstwa państwowe oraz przeprowadzić radykalną reformę rolną. Był nieufny wobec Kościoła. Opowiadał się za lewicowymi zmianami w sferze społecznej i obyczajowej.
Rząd Mikołajczyka nie miał żadnej samodzielności w polityce zagranicznej. Był całkowicie podporządkowany w tej sferze zachodnim aliantom - Wielkiej Brytanii oraz Stanom Zjednoczonym. Pod ich naciskiem traktował Związek Radziecki jak sojusznika, choć stało to w rażącej sprzeczności wobec faktów (agresja sowiecka we wrześniu 1939 r., Katyń, aresztowania akowców na terenach zajmowanych przez Sowietów).
Radek Sikorski kłamliwie sugeruje, że gabinet Mikołajczyka poprowadził Polaków do konfliktu z Niemcami i Sowietami jednocześnie. W rzeczywistości nasz rząd na uchodźstwie traktował ZSRR jako sojusznika naszych sojuszników i nie uważał się za skonfliktowanego z Sowietami. Również Józef Stalin twierdził, że traktuje Polskę jako kraj aliancki. To że w rzeczywistości było całkiem inaczej, to zupełnie inna sprawa. Rząd Mikołajczyka nie miał żadnej realnej możliwości, żeby to zmienić. Jego błąd polegał na tym, że nie chciał tego przyjąć do wiadomości i wprowadzał w błąd Polaków, iż możliwe jest zachowanie suwerenności przez Polskę po wkroczeniu Armii Czerwonej. Polskie rządzące elity tłumiły wszelkie próby zwracania uwagi na zagrożenie sowieckie, a ludzi którzy próbowali to robić traktowano jak niemieckich kolaborantów. Wydawano nawet na nich wyroki śmierci (tak się stało w przypadku Józefa Mackiewicza).
Jeśli porównamy politykę rządu Kaczyńskiego z l. 2006-07 z polityką gabinetu Mikołajczyka w l. 1943-44, to nie ulega wątpliwości, że w niemal wszystkich sferach są to przeciwieństwa. Zatem segurowana przez Radka analogia jest fałszem w stylu bolszewickim.
Fałszywe sugestie na temat obecnego rządu PO
Wpis Radka na Twitterze ma oczywiście drugie dno. Zawarta jest w nim sugestia, że rząd Donalda Tuska prowadzi politykę, gwarantującą Polakom, że antypolski sojusz niemiecko-rosyjski się nigdy nie powtórzy. Nie wiem, czy się z tego śmiać czy płakać. Przecież twierdzi tak człowiek, który niemiecko-rosyjskie porozumienie w sprawie budowy Gazociągu Północnego nazwał nowym paktem Ribbentrop-Mołotow (sierpień 1939 r.). Pisze to minister spraw zagranicznych rządu, który bezradnie przygląda się, jak Putin z Merkel blokują drogę wodną do Świnoujścia. Chełpi się swymi osiągnięciami dyplomatycznymi polityk, z którego w internecie szydzą dyplomaci rosyjscy. Radek szczyci się swą skutecznoscią w polityce zagranicznej, chociaż dostaje raz po raz policzki to ze Wschodu, to z Zachodu.
Rząd PO zupełnie zarzucił forsowany przez braci Kaczyńskich projekt stworzenia bloku państw powstałych po rozpadzie ZSRR z Polską na czele. Ale jak miałby go realizować prezydent Bronisław Komorowski, który jako marszałek Sejmu dworował sobie z Gruzji? Tusk tak jak kiedyś Mikołajczyk łudzi się, że Rosja jest państwem z Polską zaprzyjaźnionym, chociaż fakty świadczą o czymś zupełnie przeciwnym (np. ignorowanie polskich wniosków dotyczących wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej czy sprawa eksportu płodów rolnych do Rosji)
Bardzo niebezpieczna dla przyszłości Polski jest iluzja rządu Tuska na temat trwałości sojuszu polsko-niemieckiego. Jeśli Radek Sikorski chce wyciągać wnioski z historii naszego kraju, to powinien sobie przypomnieć, że najpierw Prusy a potem Niemcy kilka razy miały być naszym najlepszym sojusznikiem. Po raz pierwszy polskie elity polityczne liczyły na to podczas Konfederacji Barskiej (1768-72). Te błędne rachuby doprowadziły do I rozbioru Polski w 1772 r. Sojusz z Prusami miał nam pomóc zreformować kraj podczas Sejmu Czteroletniego (1788-92). Skutek - II rozbiór Polski w 1793 r. O niemożności zawarcia trwałego sojuszu z Niemcami przekonał się także Józef Piłsudski podczas I wojny światowej.
Jeśli Radek Sikorski miałby choćby podstawową wiedzę na temat historii Polski, to wiedziałby, że to nie przyszły rząd PiS-u może sprowokować katastrofę narodową, ale ekipa PO, w której pierwsze skrzypce grają tak nieudolni w polityce zagranicznej politycy jak Komorowski, Tusk i on sam. Tak jak polskie elity polityczne w XVIII w. łudzą się oni, że Niemcy wybiorą Polskę a nie Rosję za swojego głównego sojusznika we wschodniej Europie. Tak jak rząd Mikołajczyka w 1944 r. żywią naiwną wiarę w to, że Polska może liczyć na bezkonfliktowe sąsiedztwo z Rosją. Takie złudzenia doprowadziły do rozbiorów Polski w XVIII w. oraz utraty suwerenności przez nasz kraj po II wojnie światowej. Niestety Radek Sikorski, powodowany żądzą utrzymania władzy za wszelką cenę przez jego formację polityczną, sięga do arsenału bolszewickich metod propagandowych. Zamiast wyciągnąć wnioski z przeszłości jątrzy i szczuje przeciwko polskim patriotom. Tego człowieka trzeba jak najszybciej odsunąć od kierowania polską dyplomacją, bo zamiast dbać o interesy naszego kraju na arenie międzynarodowej prowadzi kampanię wyborczą swego ugrupowania. Trzeba to zrobić, bo jest to bez wątpienia najgorszy minister spraw zagranicznych w historii Polski.



Tylko, że jak to się mówi, do tanga trzeba dwojga, czy w tym przypadku czworga. Współpraca na osi Paryż-Berlin czy Berlin-Moskwa jest możliwa (mimo tarć), bo strefy wpływów są między nimi mniej więcej od dawna podzielone i respektowane. Obawiam się, że na polską strefę miejsca już nie ma.
Polska jest za chuda w uszach... ta cała oś to taka sama mrzonka, jak rojenia o budowie jakiegoś środkowoeuropejskiego sojuszu.